sobota, 22 marca 2014

kto drogi prostuje, ten w polu nocuje...

(zdjęcie pobrane z sieci)
Zdarzenie miało miejsce w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Pracowałem wtedy jako kierowca zawodowy w pewnej firmie produkcyjnej. Po prostu różnego typu samochodami rozwoziłem zamawiany towar po wielu miejscach w Polsce. Od Szczecina po Sanok… Był okres wczesnej jesieni. Prowadziłem samochód ciężarowy pomiędzy Końskie a Warszawą, do której koniecznie chciałem zdążyć przed godziną 18.00. Bowiem do tego czasu czynna była hurtownia – cel mojej podróży. Samochód typu Mercedes Vario, nie za duży, ładowność 3,5 tony. Każda droga praktycznie przede mną otworem. Rzut oka na mapę i w drogę.. Nie pamiętam, gdzie to się działo. Wiem, że zbliżałem się do granicy lasu, którego widać już było na horyzoncie. Droga typu pewno powiatowego lub nawet gminnego – cały czas „na skróty” – aby zdążyć i nie nocować gdzieś w samej Warszawie. Najbliższą miejscowość – jakąś wioskę zostawiłem za sobą ok. 3 – 4 km. Droga asfaltowa, już w lesie w pewnym momencie się skończyła. „Zwinięto” asfalt na noc – czy jaki piorun… Jadę dalej, coraz wolniej po rozjeżdżonej ciągnikami drodze przypominającej poligonowe czołgowiska. I…się „zawiesiłem” podwoziem [tylnym mostem] w jakiejś kałuży. Koniec jazdy. Oględziny i decyzja. Czekam na kolejny pojazd który nadjedzie, miałem ze sobą linę, więc może wspólnie razem wyciągniemy moje auto do tyłu, skąd najechałem na przeszkodę, bo do przodu bardziej niebezpiecznie…Nie wiadomo co tam może być. W końcu głodny i zły położyłem się w kabinie i tak doczekałem ranka. Przyjechali gdzieś ok. 7.30 fachowcy od tego „zwiniętego asfaltu” i kilka wywrotek ze żwirem…do naprawy drogi. Dopiero oni mi uzmysłowili, że przegapiłem znaki opisujące sytuację i kierujące na objazd. Bez kłopotów dalszych wyciągnięto mnie do tyłu. W kałuży została jedynie plastykowa osłona miski olejowej silnika…Poza tym nic innego się nie popsuło. No a ja – jeszcze wtedy nie miałem tel. komórkowego, więc nikogo nie mogłem zawiadomić gdzie jestem. Teraz już pomaluśku, podążyłem dalej jedząc po drodze śniadanie i sam na siebie złorzecząc. Ot, przysłowia…mądrością narodów..ale nie moje.

Brak komentarzy: